piątek, 28 października 2011

Szęśliwa siódemka...

Z czy miesiące temu założyłam sobie koronkę na zęba, który (delikatnie mówiąc) troszkę mi się wykruszył.  Nie pamiętam już nawet ile bólu, wizyt u dentysty i pieniędzy wcześniej na tę siódemkę wydałam, więc zadowolona, że w końcu będę miała z nią spokój, przestałam o niej myśleć. 

Z póltora miesiąca temu zauważyłam, że mój oddech stał się jakby ciutkę nieżwieży. Na początku myślałam, że to w wyniku jakiejś złej diety, czy innych przemian w moim organizmie, ale z cztery tygodnie temu zgrabnie przyobserwowałam, że (np. żując gumę) przy ucisku koknretnej części mojej zęboszczęki, nieprzyjemny zapaszek się nasila. Nie zdążyłam jednak przeprowadzić większego śledztwa, bo bardzo szybko wyszło szydło z worka, czytaj: odpadła mi koronka. Źródło osobliwego smrodku zostało namierzone.

Fakt, powinnam od razu iść do dentysty. Ale jakoś nie było kiedy, poza tym nie znałam w Porto żadnego zaufanego lekarza*, musiałam zrobić risercz, zadzwonić, umówić się na wizytę... Niby coś tam zaczęłam działać, zapytałam znajomgo studenta stomatologii o dobrego (taniego!**) znachora, ale dokładnie tego wieczora, kiedy Joao dał mi numer do znajomego dentysty, ukradli mi telefon... Z numerem, rzecz jasna ;)

*Raz, kiedy miałam nagły wypadek z zębem (bolał mnie tak, że nie spałam przez bodajże 3 noce), postanowiłam nie czekać i zamiast udać się do mojej dentystki w rodzinnym mieście, poszłam do prywatnej przychodni, którą miałam w sąsiedniej klatce mojego bloju. Młoda dentystka szybko zęba mi zatruła i sprawnie wyliczyła, że "no, tutaj będzie trzeba to, potem tamto, potem koronkę, bo normalna plomba się nie utrzyma, bla bla bla, to będzie osiemset złotych mniej więcej...". Moja dentystka zrobiła mi zęba za złotych siedemdziesiąt, choć wymagało to 11 wizyt...

** W Portugalii opieka dentystyczna jest niestety wyłączona z listy świadczeń objętych ubezpieczeniem zdrowotnym. Dentyści mają tu całkiem dobrze. Niestety, ich usługi wcale do najtańszych nie należą...

Ruszyło mnie dopiero, kiedy ząb zaczął boleć.  A mnie zęby nie bolą ot tak, by tylko o sobie przypomnieć. Mnie zęby NAPIERDALAJĄ. Nie jestem nawet wtedy w stanie zlokalizować źródła bólu, równie dobrze mogliby mi wmówić, że mam tumora, bo łeb mi rozrywa i mam wrażenie, że ktoś mi wbija gigantyczne szpile w skronie.

No więc odzyskałam numer do znajomego Joao, pożyczyłam telefon, zadzwoniłam. Doktorek miły, nawet po angielsku mówił, ale co z tego, skoro aktualnie przebywał za granicą. Poszliśmy z Joao do gabinetu, do którego kiedyś zaprowadził swoją dziewczynę. Zamknięte, telefon nie odpowiada. W biurze nikt nie był w stanie mi nikogo polecić, jedynie Isabel dała mi wizytówkę swojego dentysty. Ostatecznie zmuszona byłam skorzystać. Pan jest Serbem, bodajże, tak koło sześćdziesiątki i przyjmuje na końcu świata... Ale jakie miałam wyjście...? 

Podczas wizyty towarzyszył nam syn (nawiasem mówiąc, całkiem-całkiem ten syn... ;) w roli tłumacza. Po 10 sekundach grzebania w mojej paszczy usłyszam: „very bad” (to, kurna, umiał po angielsku...). Potem było już tylko gorzej. Najpierw okazało się, że mam mega infekcję i założenie korony to było wyrzucenie pieniędzy w błoto. Potem dostałam antybiotyk, który miałam brać przez 8 dni. Oznaczało to, że dwa weekendy z rzędu będę miała przymusowy odwyk alkoholowy  – na moje pytanie o alkohol, usłyszałam, że mogę... um copo... :/ (a takie wypasione miały to być weekendy!!)

A na koniec  dowiedziałam się, że muszę zęba wyrwać. 

Przyjemny akcent: pan był bardzo, bardzo miły, milszy nawet od przeciętnego Portugalczyka. Na koniec entuzjastycznie się ze mną pożegnał - po portugalsku, czyli cmokając dwa razy w policzki :)

Wizytę miałam w poniedziałek po pracy. Z zębami dotychczas przeszłam już wiele, naprawdę wiele. Ale usuwanego miałam jednego bodajże trzonowego i to nie pamiętam kiedy. No, bałam się, nooo... Z tego stresu musiałam się wracać do biura. Dwa razy. Najpierw zapomniałam parasola, a potem telefonu. Następnie w drodze do gabinetu zginęłabym pod kołami samochodu. Dwa razy.

Jakoś strasznie nie było, chociaż z uwagi na to, że zamiast zęba miałam tam praktycznie wielki krater, to usuwany był na 4 razy – po korzeniu. No fun.

Ten "no fun" towarzyszy mi od poniedziałku. Boli mnie kierwa cały czas, nooo...
Boli mnie dziąsło, skute z 8 razy igłą od znieczulenia, bo jedna fiolka nie zadziałała.
Boli mnie dziąsło, cały czas podrażniane przez dolną siódemkę.
Boli mnie głowa, od bolącego dziąsła.
A na dodatek, nie wiedzieć czemu, dzisiaj obudziłam się z potwronym bólem karku, więc tą bolącą głową nawet ruszać nie mogę.

Marzę o chwilowym nieposiadaniu lewej części twarzy.
Zapowiada się kolejny bajeczny weekend.

Cheers!

środa, 26 października 2011

JP 100%

W Portugalii ludzie są przyjaźnie nastawieni do świata. Dość powiedzieć, że mieszkańcy tego kraju w zasadzie nigdy nie doświadczyli prawdziwej wojny na własnej skórze (podboje kolonialne odbywały się raczej poza zasięgiem ich wzroku, w czasie II wojny światowej Portugalia była neutralna, a jedyna rewolucja to ta z kwiatkami ;)

Symbol JP też ma dla nich zgoła inne, bardziej pozytywne znaczenie ;)


JP w wydaniu portugalskim

piątek, 21 października 2011

Szwecja-srecja

Szefo mnie wysłał do Sztokholmu na biznes miting.
Isabel, odpowiedzialna za sprawy finansowe, kupowała mi korony (SEK).
Z lenistwa (zamiast sprawdzić w sieci) zapytałam ją dość donośnym głosem:
- Isabel, how much did you pay for SEKs?
Dobrze, że nasi chłopcy pracują w innym pokoju.

----------------

Nie ma bezpośrednich lotów z Porto. Leciałam więc z przesiadką, przy czym pierwszy lot miałam o pięknej godzinie szóstej k.rwa trzydzieści.
Na lotnisku w Londynie z nudów robiłam obchód po sklepach. Jak to zwykle bywa, kiedy nie planuję zakupów - kupiłam rękawiczki.

Kiedy wyjszłam żem z lotniska już w Szwecji-srecji, tak soczyście zaklęłam, że pewnie wszyscy Polacy wokół byli ze mnie dumni*. Zima, panie! Jakoś pakując się, nie przyszło mi do głowy, że Szwecja to jednak w innej strefie klimatycznej leży niż Portugalia. Dobrze, że te rękawiczki kupiłam, ale z drugiej strony chu.owo, że nie wzięłam skarpetek...

Dziś, po odbytym biznes mitingu, zgodnie z nakazami wszystkich, co to tak mi zazdrościli wycieczki, udałam się na sajtsiiiing. Kur... motyla noga, jak tu pizga! A ja musiałam popylać z gołymi stópkami. Dobrze, że padać przestało...

Po drodze weszłam na obiad, miałam ambitny plan skosztować szweckiej kuchni. Posadzona zostałam w pustej części restauracji. Złożyłam zamówienie. Zaczęli pojawiać się kolejni zziębnięci i zgłodniali turyści. W ciągu dwudziestu minut wszystkie stoliki wokół mnie zostały zajęte. Po kolejnych dwudziestu dalej czekałam na swoje szweckie kur.a danie. Ludzie, którzy przyszli chwilę po mnie właśnie zamawiali deser. Posiłek dostałam jako ostatnia. W połowie picia szweckiego kur.a piwa, zauważyłam pływającą w nim muszkę.
W ramach rekompensaty dostałam kawę na wynos, przynajmniej (przez jakieś pięć minut, do czasu wystygnięcia) ogrzewała mi dłonie (nooo, to piwo oczywiście też wymienili, nie będę świnia i uczciwie przyznam).

W dupie mam taki sajtsiiing.

Skrzynki na listy. Ładne, co nie?

Szweckie piwo z muszką.
Zaraz Halloween.

BarCelona Tapas Bar
A łapki to tak mi zmarzły, że nawet zdjęć nie miałam ochoty robić.

---------------------

W Szwecji wszyscy są niesamowicie uprzejmi i mili. Wracając wczoraj z kolacji (a miałam raptem przez ulicę, bo tak pizgało, że weszłam do pierwszego suszi, jakie zobaczyłam), wstąpiłam do hotelowej restauracji, co by se kupić kawę na rozgrzanie zmarzniętych dłoni. Musiałam chyba wyglądać na bardzo wyziębioną (albo biedną...), bo pani z politowaniem się uśmiechnęła i powiedziała, że nie płacę.

Starsza pani w windzie nie wiedziała, że wysiadam na tym samym piętrze, więc przeciskając się do wyjścia, delikatnie mnie potrąciła. Jęła przepraszać, a następnie o coś zapytała. Poinformowałam panią, że szwecki to dla mnie pikuś co prawda, ale chwilowo jestem nim znudzona i wolę angielski, po czym ona kontynuowała rozmowę używając płynnej angielszczyzny.

Biznes miting na szczęście odbywał się piętro wyżej ;) Zarezerwowałam salkę konferencyjną na dwie godziny, bo kto by tam dłużej chciał gadać przed weekendem (a poza tym te dwie godziny kosztowały firmę sirka abałt 300 euro ;). A te głupki okazały się takie miłe, że cztery bite godziny żeśmy tam spędzili. Pani w recepcji na moje przeprosiny i pytanie o dopłatę, ze słodkim uśmiechem odpowiedziała: "Don't worry, I was happy to have you here Anna, how was the meeting?".
Czy oni tu mają finansowany przez rząd program odstresowujący dla obywateli?

--------------------

*Polaków o dziwo ŻADNYCH nie spotkałam. Kiedy zdałam sobie sprawę z tego faktu, akurat wracałam z mojego sajtsiiiiingu. Chwilę potem mój wzrok padł na budynek po drugiej stronie ulicy.

LOT  POLISH AIRLINES

A teraz w tle leci sobie jakiś szwecki program. Moje ucho przywykło do już do dziwnego języka, kiedy nagle wyrwała mnie ze skupienia polska mowa. Otóż leci akurat dokument o drugiej wojnie światowej, w którym, między innymi, wypowiada się dwoje rodaków.

----------------------

Tiago, kiedy usłyszał, że jadę do Sztokholmu, mało co na zawał nie zszedł. Ze sto razy poprosił mnie o nawiązanie znajomości z paroma Szwedkami i zaproszenie ich do Porto (do naszego mieszkania, rzecz jasna). O Tiago będzie innym razem, teraz jedynie napomnknę, że faktycznie, łądne te Szwedki. Szwedzi zresztą też niczego sobie. Ale czemu się dziwić, tutaj nawet ludzie na znakach drogowych są ładniejsi.

W Szwecji do znaków pozują modele. Tutaj prawdopodobnie widzimy sylwetkę Fredrika Ljungberga ;)

--------------------

A na koniec ciekawostka. 

Sztokholm jest położony na 14 wyspach, ale obszar geograficzny miasta to także archipelag Sztokholmski, który liczy sobie skromnie 24 000 (słownie: dwadzieścia cztery TYSIĄCE) wysp, wysepek i innych wystających z wody rzeczy.

wtorek, 18 października 2011

Zabezpieczenia w Portugalii.

Prawie trzy tygodnie temu, w jednym z moich (tymczasowo) ulubionych barów*, ukradziono mi torebkę. Zamiast się wściec, co byłoby moją normalną reakcją, odetchnęłam z ulgą... 

Zawsze taszczę ze sobą moją byczą, dziesięciokilogramową torbę z milionami babskich pierdółek w środku - jakoś nigdy nie miałam okazji  (sic!) kupić małej „barowej” torebki. Jako że chwilę wcześniej dostałam takową na urodziny, po raz pierwszy  zabrałam więc  ze sobą malutką (mikroskopijną wręcz, w porównaniu do tych, których używam na codzień) torebkę, w której poza telefonem, kluczami, chusteczkami higienicznymi i pomadką nie zmieściło się nic więcej... Mój portfel wraz ze wszystkimi dokumentami został bezpieczny w domu, gotówkę wyjątkowo miałam w kieszeni dżinsów, a kartę miejską zostawiłam przypadkiem w starej torebce... 

No nie powiem, szkoda mi telefonu, bo pomijając fakt utraty kontaków i zapisanych tylko tam ważnych informacji, to naprawdę lubiłam sam telefon. Nie widziałam do tej pory nikogo, kto miałby taki sam aparat, nie można już kupić tego modelu, nawet w sklepie Nokii czy na Allegro... A że był to pre-paid, to straciłam również mój numer, który mają wszyscy znajomi (do których straciłam numery ;) i który jest także na mojej wizytówce i we wszystkich instytucjach...

Dowiedziałam się na infolinii, że mogę mój numer odzyskać, jeśli w punkcie Vodafone przedstawię plastik z PINem, PUKiem i jakimś  tam numerem seryjnym karty. Przez pierwsze półtora tygodnia niespecjalnie mi się spieszyło – czułam się taka wolna bez telefonu! :) Jednak konieczność umówienia się na wizytę u dentysty oraz notoryczne spóźnianie się wszędzie (brak zegarka) zmusiły mnie do wizyty w salonie Vodafone.

I tu portugalska niespodzianka: karta zarejestrowana jest na Anę Catarinę... Lekki karpik zdziwienia pojawił się na mej twarzy, bo o ile pamiętam, to owszę, kartę kupowałam z Portugalką z AIESEC’a, ale ona nie miała na imię Ana Catarina... Jedyne znane mi  dziewczę o tym imieniu to nasza Catarina, ale z nią nigdy nie byłam na żadnych zakupach... Po dwóch dniach, w czasie których próbowałam ogarnąć sytuację i wymyślić co dalej, odwiedziłam Vodafone ponownie.
 - Proszę mi powiedzieć chociaż nazwisko tej osoby, będę próbowała się z nią skontaktować - poprosiłam.
A miły pan z bezradną miną mówi:
- Ale ja tu w systemie mam tylko imię... 

Tak więc okazanie plastikowej karty (tej, z której wyłamuje się kartę SIM) nie jest wystarczającym zabezpieczeniem przed próbą wyłudzenia karty SIM przez nieupoważnione osoby. W Portugalii zabezpieczeniem dodatkowym jest rejestracja tej karty przy zakupie. Rejestracja imienia. 

Poprosiłam więc naszą Catarinę, (choć mogłaby to być dowolna Ana Catarina zgarnięta z ulicy), aby przy okazji następnej wizyty w Porto odwiedziła ze mną salon Vodafona i tak oto, jako wiarygodna już właścicielka, po prawie trzech tygodniach odzyskałam mój numer...


*Elder to miejsce specyficzne – jest to mały lokalik w samym centrum miasta. Znajduje się tuż przy Piolho - a jednak jest mało popularny (zapewne dlatego, że schawany jest przed tłumami erasmusów w małej uliczce). Są dwie rzeczy wyróżniające ten lokal spośród dziesiątek innych.

Po pierwsze – każdy, kto ma ochotę, może zostać DJ’em. Właściciel znalazł całkiem ciekawy (i skuteczny) sposób na oszczędności. Nie mają na liście płac profesjonalnego DJ’a, mają za to komputer z dostępem do Internetu. Tak więc jeśli masz cierpliwość /szczęście i uda ci się sprytny zabieg wepchnięcia w kolejkę,  możesz posłuchać tego, na co masz ochotę.

Mogłby się wydawać, że to zły pomysł: że myzyka zmienia się co chwilę, że nie jest fajna itd. Ale o dziwo każdy szanuje każdego, więc większość piosenek jest wysłuchiwana do końca. Poza tym, z racji tego, że lokal jest mały i mało znany, zazwyczaj wypełnia się ludźmi „z paczki”, którzy mają podobne gusta myzyczne. 

Trafiliśmy tam dzięki Catarinie, która od czasu przeprowadzki do Guimaraes odwiedza Porto co weekend :) A Catarina i jej znajomi to Sepultura, SOAD i inne (heavy)rockowo-metalowe brzmienia, więc kiedy całkiem sporą grupą pojawiliśmy się u Eldera, szybko charakter imprezy się zmienił z różowego popu na dość czarny rock. 

Innym razem było nas niewielu, za to bar opanowała grupa postrzelonych pozytywnie Brazylijczyków, więc było śmiesznie i tanecznie (zwłaszcza kiedy część męska – a było ich sztuk około 8 – uskuteczniała perfekcyjnie wyćwiczoną  choreografię do ‘In for the kill’ La Roux: w określonych momentach wszyscy zaczynali robić pompki na jednej ręce (taaak, smaczny widok ;), a że lokal, jak wspomniałam, do dużych nie należy, to cała praktycznie przestrzeń na podłodze została szczelnie pokryta całkiem zgrabnymi pupami, nogami, torsami...

Druga rzecz, nad którą specjalnie rozwodzić się nie będę, to caipirinha. Absolutnie magiczna (i nie chodzi tylko o smak). Na początku, kiedy ją tutaj zamawiałam, lód kruszony był ręcznie (do piwa nie potrzebują, a popyt na inne trunki widać nie przekraczał progu rentowności zakupu kruszarki). Ale kiedy zaczęłam się tam pojawiać, właściciel-barman jednak zakupił kruszarkę ;) Nie wiem, w czym tkwi sekret Elderowej caipirinii (może w tym, że ten miły pan jest naprawdę hojny – caipirinie są duże, mocne, tanie i przepyszne), w każdym razie za każdym razem po drugiej szklaneczce zygzakiem zwijam się do domu... Nigdzie indziej nie miałam takiego... problemu (?) ... Zawsze myślałam, że mam mocną głowę, a tutaj po drugiej dawce nie jestem w stanie „prosto” funkcjonować...

poniedziałek, 19 września 2011

26.

Kolejny rok za mną. Wpadłam w dziwny nastrój. Trochę chyba przez to wczorajsze przyjęcie-niespodziankę, z którego większość osób szybko się zmyła, a ci, co zostali (Vincent i Claudio), to w zasadzie bardziej koledzy Ricardo niż moi... (nawiasem mówiąc, pochłonięci grą w Texas hold em, szybko o mnie zapomnieli). 

Mam jedynie nadzieję, że nie będę po nich musiała  zmywać ;)

Pomijając związaną z wczorajszym wieczorem smutną refleksję pod tytułem: „w zasadzie nie mam tu nikogo”, pomyślałam sobie, że moja tendencja do spędzania urodzin w niecodziennych oklicznościach powoli chyba zanika... Rok i dwa lata temu spędziłam je... na polu - obolała, upaprana i w zużytych dresach (ale przynajmniej toast wznosiłam francuskim szampanem) (winobranie). 

Wcześniej urodziny obchodziłam w pociągu relacji Goa-New Delhi – to było 19 męczących godzin wyciętych z dnia 19-go września, tuż przed upragnionym powrotem do domu. Przełomowe to były urodziny – po nich zmieniło się wszystko, zaczął się zupełnie nowy rozdział w moim życiu.

Dzwudzieste... drugie (?) , dla odmiany, świętowałam w Nowym Jorku – też tuż przed powrotem do domu, po dość pracowitych wakacjach, ale w dużo przyjemniejszej atmosferze - jednak nie można porównać obskurnego, pełnego karaluchów pociągu do "spokojnego, zielonego Central Parku ;)

 A w tym roku – jakże zwyczajnie – pracuję. 

W Porto.

Niesamowite jak czas zmienia perspektywę i punkt widzenia.


Cheers.

poniedziałek, 12 września 2011

Świat jest mały.

A Porto to malutka wioska.

Lub, jak kto woli: Polacy są wszędzie w ilościach przekraczających zdrowy rozsądek.

Jeszcze w niedzielę, wracając z Ponte de Lima*, w autobusie odbyłam ciekawą rozmowę. Słowem wstępu: "podczepiliśmy" się z Ricardo i Vikramem do wycieczki erasmusowej - Iulia jest szefową ESNu, który ją organizował, więc wtopieni w tłum 120 erasmusów pojechaliśmy doświadczać kolejnych portugalskich tradycji.

Rozmowa toczyła się pomiędzy nami  - ocokrajowcami, a 2 Portugalczykami z kierownictwa ESNu.  Na standardowe pytanie „skąd jesteś?” udziliłam standardowej odpowiedzi - „zgadnij”. Jednak koledzy to starzy wyjadacze, mający nieustanny kontakt ze studentami z zagranicy, więc bez dłuższego zastanowienia się jeden z nich odpowiedział: „blond, cute, blue eyes – you’re from Poland”.

Zdenerwowłam się, bo nie lubię być taka... „zwyczajna” i „prosta do odgadnięcia”. No ale fakt, nie można powiedzieć, że mnie zdziwiło stwierdzenie, że jesteśmy "polish invasion" ("my" znaczy Polki, rzecz jasna, bo jakimś cudem (blink ;) Polaków jest tu niewielu...).

No więc ok. Jest nas tu dużo. Jest nas dużo wszędzie. Pamiętam, jak Asia opowiadała, że pierwszymi osobami (i jedynymi w zasadzie) spotkanymi na bodajże serbskiej pustyni, byli Polacy.

Ale żeby rano, o 9 rano!!, idąc spokojnie do pracy, praktycznie pod swoim domem, spotkać osobę, której nie spotkało się mieszkając w tym samym Wrocławiu przez rok, a o której istnieniu próbuje się zapomnieć już prawie trzy lata...??


Fucking foreigners, jakby powiedział Vincent...

*festiwal nazywa się "Feiras Novas" i podobny jest do ichniejszego karnawału w Ovar, czy nawet Sao Joao. To taki "odpust", święto miejscowości, czyli uliczna zabawa z elementami folkloru ;). I nie, wcale nie pijana młodzież. Tak jak w przypadku wspomnianych dwóch imprez, bawią się wszyscy, od niemowlaków do miejscowej starszyzny, i nie w barach, a na zewnątrz. Na ulicach tłumy ludzi przeciskają się pomiędzy stoiskami (straganami ;)) z loalnymi przysmakami, wyrobami lokalnymi, no oczywiście także z piwem i fast foodami. Co chwilę napotkać można tańczące przy akompaniemencie akordeonów gupy (taniec specyficzny do regionu Minho), a w najciaśniejszych uliczkaach do puszczanej porozwieszanych głośników bardziej..."popularnej" muzyki. Najbardziej podobał mi się taniec na obrębie koła – małe kółko w środku to panowie grający na akordeonach, na zewnątrz pary (czasem dwie starsze panie - z braku laku... ;) tańczące wokól nich.  W miarę upływu czasu, dołączają pary z tłumu, aż taniec staje się nie lada sztuką – panowie muszą prowadzić tak, aby nie zderzyć się z innymi. Zabawa trwa do rana, w końcu nie często rodzice i dziadkowie mogą się rozerwać, więc korzystają skrzętnie z każdej okazji ;) Widok i atmosfera są tak inne od polskiego, pijackiego buractwa, że nie chce się stamtąd odjeżdżać (moja mama po powrocie z Portugalii najbardziej chyba właśnie przeżywała jak starsi ludzie potrafią się bawić z młodymi).

**kolejny raz z Ricardo stwierdzilśmy, że za starzy już jesteśmy na hardcore partying. Bedąc w grupie 120 „świeżych” erasmusów, czuliśmy się po prostu nieswojo. Wystarczyło na nas spojrzeć, żeby od razu zauważyć „we don’t belong here” wypisane na naszych twarzach. Na szczęście, porto szybko uśmierzyło nasz weltschmerz ;)

wtorek, 15 marca 2011

C-C-C-C-C-Combo breaker!!

Jestem chora.
Po raz piąty w przeciągu pół roku.

Żeby nie było: nie są to jakieś byle smarki czy se-pokasływanie. Za każdym razem wypluwam płuca, zużywam tony chusteczek i umieram z ogólnego wyczerpania. po takim 1,5-tygodniowym maratonie zaczyna mi być lepiej, potem mniej więcej jestem zdrowa i po 3 tygodniach powtóreczka.

Tym razem jednak dodam, Ze jeśli to jest cena za niesamowity czas spędzony w Porto z Mamą i Przemsonem - to z przyjemnością ją zapłacę.


Tylko czy nie można by na raty...?

niedziela, 27 lutego 2011

Update.

Winda szwankuje. Doszłam do wniosku, że w naszym mieszkaniu już niewiele może się zepsuć, a w związku z niepisaną zasadą, że przecież co dzień coś się psuje, przeszło na windę.

Myliłam się.

Pojawił się mały wyciek w toalecie...

piątek, 25 lutego 2011

...odcinek 56.

  "Rzecz się działa na terenie jakiegoś ośrodka badawczego, większość w sali z basenem, nad którym znajdowała się wielka, ultranowoczesna skomplikowana maszyna do przeprowadzania badań wszelakich, wyglądająca mniej więcej tak:


 
Maszyna działała w ten sposób, że śmigło obracało się z prędkością bliską prędkości światła, w związku z czym gdzieś tam w Skomplikowanym Urządzeniu wytwarzało się „coś tam” , a po włożeniu do Skomplikowanego Urządzenia czegoś tam (np. próbki krwi, minerału itd.) monitory wyrzucały wszystkie możliwe informacje na temat tej próbki.

Ja byłem asystentem osoby, która zajmowała się obsługą maszyny.
Akurat przeprowadzaliśmy doświadczenie z próbką DNA, wyszły jakieś cuda, nowe odkrycia, wszyscy podnieceni. Ale żeby sprawdzić, czy wyniki wyszły poprawnie trzeba przeprowadzić jeszcze jedną próbę, w tym momencie maszyna padła. Wał napędzający śmigło uległ skrzywieniu i trzeba było czekać na nowy.

Kiedy przyszedł nowy wał i nowe śmigło, razem z dwójką fizyków zaczęliśmy je montować. Po zamontowaniu trzeba było sprawdzić, czy wszystko działa poprawnie. Fizycy później chcieli przeprowadzić jakieś doświadczenie, ale skoro mieli okazję teraz, to czemu nie.

Coś tam wsadzili do Skomplikowanego Urządzenia i na monitorach zaczęły pojawiać się bardzo dziwne wyniki i liczba 0,63… Nikt nie wiedział, o co chodzi, na co ja odpowiedziałem że może to bozon Higgsa. Fizycy na mnie popatrzyli i oniemieli...

Okazało się, że prawdopodobnie faktycznie jest to bozon Higgsa, boska cząsteczka która krótko mówiąc nadaje materii masę. Wszyscy zaczęli dosłownie wariować, znaleziono coś na miarę 100 Nobli, wszystkie tajemnice świata staną teraz otworem…

No ale niestety nie dowiedziałem się, jak to dalej było, bo mnie zbudził zapach kawy i naleśniorów :] "

czwartek, 24 lutego 2011

Z cyklu: "Kolejna zwykła noc" Przemysława D.

"Rzecz się działa we Wrocławiu, na wyspie takiej, jak Słodowa. Tyle że stał tam zamek, ogromny, mroczny, upiorny. 

Przeskoczyłem przez jego mury obronne i zacząłem podążać za jakimś dziwnym śpiewem... Do pokonania miałem tysiące schodów w dół, ale szło mi szybko i sprawnie, bo zeskakiwałem po kilkadziesiąt schodów w dół i delikatnie "spływałem", jakbym unosił się w powietrzu. 

Kiedy dotarłem prawie na sam dół, otaczały mnie niewyobrażalnie wysokie mury zamczyska, brunatno - szare, ponure. Po lewej stronie było szerokie wejście do komnaty, iluminowało jasnym światłem świec, śpiew dochodził ze środka. 

Wszedłem, a tam na ogromnym łożu wielkości Luksemburga, leżała jakaś kobieta, odwrócona plecami. Coś powiedziałem, nie pamiętam co, na co ona sie odwróciła - okazało się, że nie ma oczu, a z wyglądu dałbym jej jakieś 300 lat. Zacząłem uciekać, pokonując jednym susem z dwieście schodów, przeleciałem przez mury obronne zamku i dalej w jakieś pola, lasy."

środa, 23 lutego 2011

ach, zapomniałam Wam powiedzieć...

...że jestem chora! znów. Czwarty raz w przeciągu pięciu miesięcy.

moja skrzętnie gromadzona apteczka w akcji. Again!


















Jak już jestem w temacie, to dodam, że zrobiłam sobie badania krwi. Po tygodniu obżarstwa żelazowego moja hemoglobina jest na zaskakująco wysokim poziomie 12 g/dl. Czyli minimum. Czyli git. Czyli w sumie nie git, bo teraz to już zupełnie nie wiem, co mi dolega.

Dalej jestem zmęczona (w tym tygodniu ledwo udawało mi się wstać o 9...), kolejny raz chora, dalej mam sińce pod oczami... Jedyne wskaźniki nie mieszczące się w normie to hematokryt (nieznacznie niższy od minimum) oraz eozynofile (dość znacznie przekroczona norma), co może oznaczać (jak podpowiada wujek Google) alergię. Czekam więc na podpisanie kontraktu i czem-prędzej biegnę do lekarza z wynikami, może da mi skierowanie na testy alergiczne, a może nawet wymyśli od razu co mi jest...?

No nie powiem, zeźliło mnie to badanie. Byłam pewna, że mam anemię, nooo... ;) Miałabym swoją wymówkę na temat złego się czucia, się, oraz motywację do lepszego odżywiania. A tak dupa.

Ale! W końcu byłam w Ikei! Coraz bardziej zbliżam się do poziomu nagromadzenia rzeczy, świadczącym o planach zapuszczenia tu korzeni na nieco dłużej.

Tym bardziej, że (po 3 miesiącach!) w końcu mamy sprawną toaletę! Nie jesteście w stanie wyobrazić sobie, ile radości jest w stanie przysporzyć sprawny kibel! Dodam jedynie, że ostatecznie wezwaliśmy hydraulika, bo okazało się (po 2 miesiącach oględzin i mopowania podłogi przed sikaniem!!!), że wyciek jest nie przy zbiorniku (spłuczce), ale u podstawy muszli...

Co tam jeszcze z rzeczy przyziemnych...

Ach, no , oczywista, zbliża się marzec, miesiąc odwiedzin. Plan pobytów w Portugalii jest taki:

1-9 marca - Mama i Przemek (Meu Deus! moja Mama mnie odwiedza! przez 5 lat studiów nie mogłam się doprosić o odwiedziny, a wystarczyło przeprowadzić się do bardziej egzotycznego miejsca! Pół roku nie minęło, a Mama decyduje się opuścić granice powiatu - ba! Polski, i to od razu na sam koniec Europy! A w dodatku w celu stricte turystycznym!)
10-15 marca - G. (znajoma ze studiów) z koleżanką
15-30 marca - Kot (Meu Deus, kolejna od-zawsze-zapowiadana-ale-nigdy-nie-spodziewana wiztyta! Kocie, muszę Ci powiedzieć, żem zaskoczona ;) z koleżanką, rzecz jasna
16-24 marca - M. (znajomy z Erasmusa) z dziewczyną
(w lutym odwiedziły mnie moje Dziewczęta, równie uzależnione od Porugalii, co ja, w końcu razem orzystałyśmy z niewątpliwych jej uroków ;) Dziękuję Wam i nie mogę się doczekać kolejnych odwiedzin! :* )

Oczywiście Porto dla wszystkich jest taką większą wioską, więc turyści traktują je jako bazę wypadową (tani Ryanair nie lata do Lizbony) do południowych, skomercjalizowanych miejscowości. Również moi goście planują zostać w Porto jeno krótką chwilę, a resztę czasu spędzić w Lizbonie czy na Algarve. No cóż, ich strata ;)


No, muszę przyznać, że się ucieszyłam na zaszczytne odwiedziny Królowej Matki (no dobra, Przemka też przyjmę z radością... :P )

No ale przecież byłoby to zbyt piękne, prawda? Tak więc w zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że lecę do Londynu na konferencję.
A prosto stamtąd do Szikago na kolejną.

Ta w Londynie zaczyna się 1go marca, ta w Chicago kończy się 6. W Porto byłabym więc 7go, niezdolna do entuzjastycznego oprowadzania po mieście, bo z jet lagiem. Słodko.

Na szczęście (...?) szefo stwierdził, że do Chicago nie zdążymy się przygotować, no i myślę, że ponadto pani żona nie byłaby kontenta z dwutygodniowej nieobecności męża (bo szefo po Chicago wraca do Londynu na kolejny iwent), więc jadę tylko do Londynu. Uf.

Królowa Matka już panikuje. W ramach edukacji przed pierwszym lotem przesłąłąm jej zabawną historyjkę:

"Pracuję na lotnisku, przy kontroli bagażu podręcznego. Zgodnie z przepisami na pokład samolotu pasażer nie może wnieść więcej niż 100 ml płynu. Któregoś dnia kontrolowałam pasażerów lecących do Chicago. Między innymi pewną starszą panią, taką babuleńkę gdzieś z Podhala. Prześwietlenie bagażu wykazało, że znajduje się w nim większa ilość płynu. Otwieram torbę, a tam cztery słoiki z gęstą cieczą. ([J] - ja, [B] - babcia):
[J] - Co to jest?
[B] - No sok z malin.
[J] - A czy zna pani przepisy?
[B] - Dokładnie nie pamiętam, ale zdaje się, że na litr malin trzeba dać kilogram cukru.."
[piekelni.pl]


Nie wiem, czy Mamę zbyt pochłonęło pakowanie i planowanie, czy też spanikowała i zrezygnowała z odwiedzin, bo ostatnio coś nie dzwoni...




wtorek, 22 lutego 2011

Kawa

Byłam wczoraj umówiona na kawę. Z kolegą (bo kolega jest od tego). O 19:00, w malutkim centrum handlowym, rzut beretem od naszego mieszkania. Z racji tego, że rano późno dotarłam do pracy, późno też później wyszłam - miałam więc spore szanse się spóźnienia, się.

Nie lubię się spóźniać.

Wpadłam o 18:46 do pustego mieszkania, rzuciłam zbędne rzeczy na łóżko i wypadłam. Na miejscu byłam 5 minut przed czasem.

5 minut po czasie zaczęłam się nudzić. Kolega od kawy wydaje się rozgarnięty, więc stwierdziłam, że pewnie dałby znać, gdyby miał się spóźnić. Sprawdziłam telefon.

Okazało się, że go nie wzięłam.

Po kolejnych 10 minutach przechadzania się w tę i z powrotem (centrum handlowe rozmiarami przypomina bardziej Biedronkę, więc nie było szans, żebyśmy się minęli), cierpliwość mi się skończyła. Poszłam do domu.

Okazało się, że nie wzięłam również kluczy.

Wiedziałam, że Justyna jest na siłowni oraz że o 22 jest umówiona na kawę, więc pewnie koło 21 będzie przelotem  w domu.

Była 19:30. Stwierdziłam, że przeczekam w kawiarni.

Kiedy weszłam, Karoxa była pusta, zajęłam więc sobie najzajebistszy stolik na samym środku, taki z idealnym widokiem na TV. Zamówiłam fino i zaczęłam się odstresowywać, bo heloooł, nie takiego wieczoru się spodziewałam i ciśnienie mi troszkie podskoczyło ;)

Okazało się, że o 20:00 jest mecz Sportingu z Benfiką.

W ciągu 5 minut Karoxa wypełniła się po brzegi. Panowie byli chyba dość zaskoczeni, widząc samotne dziewczę, raczej nie z Portugalii, pijące piwo, palące szlugi i z pozycji VIP oglądąjce mecz. Wszyscy wokół kawka, jakiś koniaczek, niektórzy powoli sączyli Super Bocka*. Do mojego stolika dosiadł się starszy pan (no bo szkoda zmarnować takie miejsce!). Zamówiłam drugie piwo, postanowiłam kibicować i się dobrze bawić.

W przerwie uciekłam. Przesympatyczny pan właściciel, który już dobrze mnie zna, zatroskany zapytał, czy wszystko w porządku, no bo przecież taka fanka (o jakże musiał być zaskoczony moim pojawieniem się na meczu!) nie ucieka tuż przed drugą połową i tuż po tym jak gracz Benfiki dostał czerwoną kartkę.

Naturalnie , że wszystko w porządeczku. Komu kibicuję? No naturalnie, że Sportingowi (przecież Benfica e merda!! ;) ). No naturalnie, że przyjdę obejrzeć mecz Bragi z Lechem Poznań! Dziękuję, bardzo mi miło, do zobaczenia następnym razem, kiedy (głupia głupia głupia) zapomnę kluczy lub zepsuje nam się internet, boa noite.

 Co za wieczór. Po powrocie do mieszkania od razu otworzyłam wino.


* Bo Super Bock to piwo północy. Sagres to piwo południa, to przecież sponsor Benfiki. Odwieczny spór północ-południe rozgrywa się obecnie na płaszczyźnie piwno-piłkarskiej. Tymczasem ja zwykle kupuję Sagres Bohemia (w markecie, rzecz jasna, bo w żadnym barze nie dostanę).  
A propos Super Bocka - taka zabawna historia jeszcze z czasów Erasmusa:
używając słownika T9 podczas pisania smsów, możemy się przekonać, że nawet przez telefon nie jest ono darzone zbytnim poważaniem. Słownik zaproponuje nam w pierwszej kolejności: "anal"... a zaraz potem "cock"... Nie wiem co brzmi zabawniej: Super Anal czy Super Cock...

----------------------------------------------

estupida - głupia (głupia, głupia!)


----------------------------------------------



czwartek, 17 lutego 2011

Wczorajszy sen Przemka

"Zanim opowiem to dodam, że w tej chwili czytam książkę o rozwoju neurochirurgii na świecie. 

Sen się zaczyna (z tego co pamiętam) od tego, że idę do szpitala na operację mózgu :] Nie wiem czemu, co mi było, po prostu... Szpital okazuje się być mega zajebistym budynkiem, wielkim, przeszklonym, podobnym trochę do naszego liceum, a trochę do budynku tej firmy, gdzie byłem na rozmowie. Razem ze mną ktoś tam przyszedł, ale nie pamiętam kto. W środku, już po badaniach, położyli mnie na stole, neurochirurg ze mną rozmawia, tłumaczy, jak będzie wyglądał zabieg. A ja się tylko nie mogę doczekać tej narkozy, i boję się czy się obudzę po, a może obudzę się w trakcie, i co wtedy…? I w pewnym momencie ogarnia mnie czarna otchłań... 

Budzę się, a przede mną stoi uśmiechnięty zespół lekarski z neurochirurgiem na czele (swoją drogą bardzo podobny był do tego kardiochirurga który robił prezentację w Porto na think tankach). Stoją i się cieszą że wszystko się udało. Później mi pokazali film z operacji, okazało się, że usunęli mi mały fragment mózgu z płata skroniowego. Widziałem, jak mi czachę otwierają i w ogóle, ewryting :) 

Następnie położyli mnie w sali pooperacyjnej - ale nie takiej zwykłej. To była ogromniasta sala, cała przeszklona, wysoka na kilkanaście metrów. Poleżałem chwilę i stwierdziłem, że już mi lepiej i idę się przejść, na kawę i tosty. Wyszedłem na uliczkę jakiegoś miasta, w stylu Girony, wąskie uliczki, stare kamienice. Usiadłem na espresso i tosta, grzałem gębę w słońcu, było miło... 

No i budzik mnie obudził :) A wszystko tak nieprawdopodobnie realistyczne, że po przebudzeniu w pierwszej chwili zacząłem się macać po głowie w poszukiwaniu śladu pooperacyjnego..."


---------------------------------

parvo - jackass

---------------------------------

wtorek, 1 lutego 2011

Już-już myślałam, że nadeszło przesilenie...

W czwartek było lindy hop, w weekend Covilha*, po której zaczęłam się lepiej czuć**, niedziela wieczór - nowe postanowienia i plany na przyszłość {w związku z odkryciem potencjalnej przyczyny mojego  obecnego mizernego stanu (ducha i ciała)*** oraz w związku z nadchodzącą wiosą :) W poniedziałek rano ruszyłam więc żwawo na podbój przyszłości (byłam pierwsza w pracy!), ze świeżymi postanowieniami „w końcu coś ze sobą zrobienia”, czyli:

- zacząć pracować przykładnie i sumiennie (co by mnie z roboty nie wylali...)
- iść do Pingo Doce po normalną żywność i wdrożyć plan zdrowego odżywiania (czerwone mięso, podroby i ryby dla uzupełnienia niedoboru żelaza, warzywa i owoce dla lepszego jego wchłaniania, ...garstka otrębów pszennych, dwie owsianych.... niczem w „Dniu świra”, motyla noga...)
- zapisać się na siłownię/fitness i inne takie (bo dowiedziałam się o tańszej opcji, bliżej domu).

* Covilha w opisach przewodnikowych porównywana jest do polskiego Zakopca. Nie pytajcie dlaczego, bo jedyne co mi na myśl przychodzi, to to, że i tu i tu można zobaczyć śnieg... Miasteczko jest ładne, nie powiem, ale skalą ośnieżenia, komercji, rozwoju turystyki, a więc i bazy turystycznej przypomina bardziej Wieluń niż Zakopane. Chociaż nie, w Wieluniu jednak jest zimniej no i śniegu więcej...

Położone jest uroczo, w najwyżyszych górach Portugalii – Serra da Estrela (zwiedzana przez nas góra Torre jest bodajże najwyższym szczytem, 1993 m.n.p.m.). Samo miasteczko jest typowo portugalsko-urocze, ale temperatura i słońce w styczniu powodują, że na wspomniane wcześniej porównanie do Zakopca wybuchnęłam gromkim śmiechem. Śnieg był tylko na szczycie, śmiesznie (i zimno!!) się czułam, za to Ahmed i Aquilla, którzy widzieli śnieg pierwszy raz w życiu, cieszyli się jak dzieci :) 

Cały weekend był fajny, chociaż nie czułam się mega komfortowo w towarzystwie aiesecowców (btw, aiesecowcy po hispańszku to „los aiesecos” :D ). Było sporo native speakerów angielskiego (z USA i Kanady), no i większość osób jednak się już znała z wcześniejszych IRW, a w przypadku stażystów z Porto – ze wspólnych aiesecowych eventów lub z pracy. No, ale zobaczyłam w końcu na własne oczy aiesec(t)owe tańce, usłyszałam odezwy (- Hello AIESEC!! – What’s uuuup!!!! albo śpiewane  „Why are we waiting, we could be masturbating”.... Sweeet...)

IRW to International Reception Weekend, organizowany i fundowany przez AIESEC raz na 2 miesiące w różnych częściach Portugalii, w celach czysto integracyjnych. Poprzedni, na którym właśnie większość osób się poznała, odbył się w październiku w Sintrze, koło Lizbony. Wtedy nie pojechałam, bo już tam byłam dwukrotnie, z mojej integracji wyszły więc nici. Długo zresztą funkcjonowałam w kręgu stażystów z Porto jako "Ana the Ghost", nawet stażyści z Lizbony nie chceili uwierzyć, że jestem tu od września (z 10 razy usłyszałam w Covihlii: "od września?? to gdzie byłaś do tej pory?? ukrywałaś się...?").

** aż z tej radości dzisiaj pomalowałam rzęsy (nie pamiętam, kiedy zrobiłam to ostatnio...)! Poprawę zauważył nawet Jorge, stwierdzając, że ładnie dzisiaj wyglądam, już nie tak zmęczona i nawet jakby włosy mi się ładniej układają... :D

*** nie dawało mi to spokoju, więc wyszperałam w internecie info (wiem, wiem, idealne źródło dla wynajdowania sobie chorób... ), które dokładnie, idealnie wprost, opisuje moje objawy i  za ich przyczynę podaje niedobór żelaza. Pomijając dopasowanie objawów, niski poziom żelaza pasuje do mnie jak ulał, gdyż ponieważ:
- odkąd pamiętam mój poziom hemoglobiny był za niski, co np. uniemożliwiało mi oddawanie krwi 
- odżywiam się tutaj faktycznie tak, że jego pogorszenie wcale mnie nie dziwi.
Ucieszyło mnie to odkrycie, bo nawet jeśli to nie jest to, to mam jakiś punkt zaczepienia i motywację do zmiany stylu życia/odżywiania się.

Plany, jak widać miałam zacne, nastawienie jak najbardziej optymistyczne, o dziwo miałam też siłę woli. Zasiadłam więc zwarta i gotowa do pracy, z kubkiem pysznej kawy w ręku i co...? I na dobry początek tygodnia oraz na zachętę wylałam sobie jego zawartość na biurko...

Na laptopa nie poleciało praktycznie nic, więcej dostało się pod niego. Szybko jednak wszystko wytarłam i (głupia! GŁUPIA!!) spokojnie wróciłam do pracy. Po pięciu minutach usłyszałam charakterystyczny (i jakże niepokojący...) dźwięk zwarcia tudzież, ogólnie rzecz ujmąc, „szlagtrafiania” dochodzący z wnętrza laptopa, po którym nastąpiło jego wyłączenie, tudzież, dobitniej mówiąc, szlag go trafił. 

Rozwodzić się zanadto nad tym nie będę, powiem tylko, że następne kilka godzina spędziłam w ogromnym stresie (nowy laptop, kupiony specjalnie dla mnie! Szefo mnie zabije!), zła na siebie, bo nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło ( a kiedy jestem bardzo zła i nie mogę nic zaradzić na przyczynę złości, to z tej złości chce mi się płakać :D) i nie pracując, bo przecież nie miałam jak... No genialny początek wdrażania w życie nowych postanowień!

Na szczęście po kilku godzinach Jorge przyniósł mojego opitego HPunia (którego wcześniej zabrał, nie - jak wcześniej sądziłam - w celu wysłania do serwisu, a w celu wysuszenia na oknie : ) i udało się go odpalić. Lapek jednak kawy nie lubi i postanowił wyraźnie mi to zedemonstrować, puszczając dość nieznośnego focha - od wczoraj ginie mi internet. Przez 2 minuty mam pełen zasięg (włączam wtedy szybciorem z 15 stron, żeby mieć co robić), a przez następne 30 minut nie mam w ogóle dostępu. Jorge próbował odinstalowywać coś i instalować to ponownie, ale bez skutku. Jutro więc pewnie czeka mnie format. A póki co się nudzę, bo akurat dostępu nie mam, więc piszę. 

I nie, ni chu..a, nie poddam się tak łatwo! Wczoraj, na poprawę nastroju poszłam (w końcu!) do Pingo Doce***, a dzisiaj mam mocne postanowenia zapisać się (w końcu!) na  fitness/siłownię! 

*** Zaszłam tam wczoraj z ciekawości, bez konkretnego planu (jeno wino miałam na liście, bo na sesję z dziewczętami na skajpie się umówiłam, chciałam w sumie też poszukać czegoś czym można by zastąpić śmietanę, której Portugalczycy nie posiadają w asortymencie. Mają jedynie słodką śmietankę do gotowania – nata – ale ja chciałam sobie zrobić na kolację prawie-zdrową surówkę z pomidorów z cebeulką i śmietaną...). Pingo Doce mnie powaliło na kolana, jak ja mogłam się do tej pory męczyć z Mini Preco?! Kawałek dalej mam takie możliwości! W Pingo jest tyle rzeczy, że obeszłam je z trzy razy i z tego nadmiaru nie mogłam się zdecydować na nic konketnego. Kupiłam więc naładowana dobrą energią normalny chleb (pierwszy raz od przyjazdu! już rzygałam tymi chlernymi bułkami!), paczkę świeżego pora z cebulą (już łądnie pokrojonego), coś, co najbardziej przypominało śmietanę i takie przeurocze vinho verde – słynną Gazelę, ale w wersji 375 ml (no jakby specjalnie dla mnie! jaby wyczuli, że na ten wieczór jest wskazane, bo inaczej kupię normalne, 750 ml i się upiję i rano będzie niewesoło... :) 

Tak więc dzisiaj po pracy idę się zapisać na siłkę, a jutro na mega-zdrowo-wypasione zakupy do Pingo Doce :)

-----------------------------

partir / estragar – psuć...

-----------------------------------

"Leciałem samolotem...

... byłem w kabinie pilota, ze mną jeszcze ze dwie osoby. Kapitan opowiadał nam, że jakiś inny pilot kiedyś w trakcie lotu zniżył samolot prawie do samej ziemi, wyłączył silniki i samolot się nie rozbił, tylko nagle stanął w miejscu i opadł na ziemię. Nikt z nas mu nie wierzył, więc powiedział, że nam pokaże. Byliśmy akurat nad jakimś francuskim miasteczkiem, pilot obniżył lot do wysokości metra nad ziemią, wyłączył silniki i samolot się nagle zatrzymał i opadł na jezdnię, taką zwykłą dwukierunkową ulicę. Wszyscy z niedowierzaniem, ale ok, udało mu się. 

No ale teraz trzeba było jeszcze wystartować, więc pilot dał pełny ciąg silników i jazda. Przed nami zakręt, więc pilot dał ostro po hamplach. Znowu kawałek prostej, znowu się rozpędzamy, znowu zakręt i znowu hamulec...  I tak sobie jechaliśmy samolotem przez to francuskie miasteczko, jak samochodem, po drodze mijaliśmy auta (które nas oczywiście obtrąbiły, że tyle miejsca zajmujemy - to był boeing 747). 

Po jakimś czasie zauważylismy polanę i mówimy do kapitana, żeby tam spróbował. Wjechaliśmy na tą trawę tę, ale za dużo dziur i trzęsło straszliwie. Wtem pilot wypatrzył odcinek długiej prostej, ale coś zwątpił bo stwierdził, że "on to pierdoli, bo tam na pewno jest jakiś zakręt, nigdy z tego miasteczka nie wyjedziemy", po czym oddał mi stery. Usiadłem, a tam normalne pedały, jak w samochodzie (bo w normalnych samolotach są pedłay, ale tylko dwa i takie wielkie), gaz, hamulec i sprzęgło. No i zaczynam się rozpędzać, pełny ciąg, klapy w dół, programuję FMSa, wklepuję nazwy i położenie punktów na trasie... wzbijamy się w powietrze, brawa dla mnie :) 

Włączam autopilota i mówię do ludzi w kabinie że muszę wyjść bo mi sie sikać chce... No i się obudziłem bo naprawde mi się chciało ;)"

 Dzisiejszy sen Przemka...

--------------------------------------

a propos spania:
bocejar - ziewać 
bons sonhos - dobrych snów


---------------------------------------

czwartek, 27 stycznia 2011

Dzień (nie)dobry.


Z premedytacją ustawiłam dziś budzik na 8:20, zamiast na 7:30, bo bystre ze mnie dziewczę i wiedziałam, że i tak będę go przestawiać o 10 minut przez godzinę. Wstałam ostatecznie o 8:40, myśląc: wyjdę za 15 minut, to na 9:30 może dam radę dotrzeć do pracy.
Naiwna ja...

Wyszłam z pokoju do łazienki i od razu wdepnęłam w kałużę. Cholerny kibel!! Po nocy woda zwykle sięga (prawie) mojego pokoju. Bo ona cieknie tak artystycznie: strużka wije się po całej łazience niczym górska rzeczka do ujścia tuż za drzwiami łazienki, co świadczy o niesłychanej (nie)doskonałości naszej podłogi. 

Wytarcie podłogi trochę mi zajęło, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że pod sam koniec wywaliłam wiadro, do którego wykręcałam wodę.

Chwilę potem zerknęłam w lusterko, pełna nadziei, że wczorajsze okłady z ogórka i zakrapianie oczu świeżo kupionymi kropelkami zdziałały cuda. Otóż najwyraźniej moje oczy chyba postanowiły pokazać mi, że zdecydowanie nie akceptują takich agresywnych czynności w stosunku do nich i spuchnęły w akcie buntu.

No i tu się pożalę, bo już nie wiem, no nie wiem!

Chodzę spać o 23-24, wstaję ok 8. Czyli śpię normalnie, co wcześniej mi się praktycznie nie zdarzało - zwykle spać chodziłam koło 2 i do pracy mimo to przychodziłam pierwsza. W styczniu nie byłam jeszcze na dyskotece. No, ze 2-3 razy zarwałam sobotnią noc, ale grzecznie, w domu. Jak już wspomniałam, ostatnie dni robię sobie okłady z ogórka albo lodu, bo mimo dostatecznej ilości snu moje oczy wyglądają i czują się, jakbym od 2-3 tygodni sypiała po 3 godziny na dobę. 

Spać mi się chce niewiarygodnie, do tego cały czas mi przeraźliwie zimno, nawet w domu, w ogrzanym pokoju, pod kołdrą. Wstawanie rano z łóżka to istne tortury, po powrocie z pracy nie dość, że nie jestem w stanie patrzeć na monitor komputera, to poza spaniem nie widzę sensu w niczym innym. I jeszcze w trakcie dnia pobolewa mnie (nie mocno, ale tak upierdliwie, z tyłu) głowa. 

Czy ktoś jest w stanie powiedzieć mi, co się ze mną dzieje?

Dla uściślenia:

- stanu permanentnego zmęczenia zupełnie nie rozumiem. Bo owszem, czasem gdy za długo spałam i nic nie robiłam, to gorzej się czułam, ale teraz śpię nadzwyczaj poprawnie, idealnie mieszcząc się w zalecanych widełkach (7-9 godzin snu). 

- niby ktoś tam ze znajomych narzekał, że też zmęczony jest ostatnio, czyli że to może przez pogodę (ależ tu zimno się zrobiło! W dzień 10 stopni jeno, w nocy spada nawet do 2!), ale to bardzo krótkotrwałe u nich było, a u mnie jest to permanentny stan od kiedy wyzdrowiałam (czyli powiedzmy od 2 tygodni).

- tu nasuwa mi się takie przypuszczenie, że może to przez tą chorobę...? Może przez leki, które mi przepisał lekarz? No ale po pierwsze, nawet nie były to antybiotyki, a po drugie, już od tygodnia ich nie biorę...

- co do zimna – to jestem pewna, że przez ostatni czas zgnuśniałam i znieruchomiałam na tyle, że mój metabolizm znajduje się pod kreską i dopóki nie zacznę się ruszać, to się nie podniesie. Bo obecnie to moje zmarzluchostwo wyrosło na tyle, że w biurze siedzę w kurtce...

Proszę o diagnozy (niczem House, który nie mogąc rozwiąć jednego przypadku, ogłosił burzę mózgów  w internecie ;-) ). 
Będą nagrody – darmowy nocleg i przewodnik po Porto :D

Na zakończenie wspomnę tylko, że idąc do pracy, zdałam sobie sprawę, że jutro jadę na weekend do Covilhii. Nie zrobiłam żadnych zakupów i już nie zdążę ich zrobić, bo dzisiaj po pracy idę na lindy hop, a jutro po pracy prosto na autobus. W międzyczasie muszę się spakować i jakoś doładować kartę miejską, bo w poniedziałek znowu na Trinidade będą dzikie tłumy... (kiedy ją kupowałam ostatniego dnia września, czekałam w kolejce 3 godziny, chyba już o tym pisałam).

Nic to, trzeba być twardym, a nie miętkim, co nieee?




--------------------------------------------------

Português para todos:

Estou a ficar careca. – Łysieję.

--------------------------------------------------

Apdejt.

Z kronikarskiego obowiązku donoszę, iż:

- pranie mam za sobą. Już nawet od tygodnia. Od tygodnia więc mam w związku z tym zaległe prasowanie, bo wszystko, już dawno suche, dalej wisi w przedpokoju...

- zakupy to porażka na całym froncie. No może poza małym wyjątkiem – Catarina szła do Mini Preco po ryż, co by nam wszystkim kolację zrobić (portugalską feijoadę), więc poszłam z nią i dokupiłam sobie zapas Ice tea i wędlinę. Ju-hu. Co do Ikei i Jumbo... no nie wyszło, psiakostka.  Poszłam spać o 9 rano w sobotę (na disko dalej nie byłam, impreza odbyła się w salonie) , obudziła mnie mama telefonem po 17... Na zakupy sił już nie starczyło...

- toaleta ewoluuje. Ricardo zakupił nową spłuczkę* (kiedy mi o tym powiedział, nie uwierzyłam...), spędził pół niedzieli (na kacu) próbując ją zamontować. W końcu, około godziny 23 mu się udało. Choć powinnam raczej powiedzieć „prawie mu się udało”, bo na moje babskie oko gdzieś za słabo jest uszczelnione. Dowodem na tą jakże odważną babską tezę jest strumień wody, który pojawia się na podłodze w łazience po każdym spłukaniu. Więc teraz jeśli chcesz się wysikać – najpierw wytrzyj podłogę. Nie wiem co jest bardziej upierdliwe: spłukiwanie za pomocą wiadra czy mopowanie przed sikaniem. Jak mamę kocham, ten kibel mnie kiedyś wykończy.

- jak widać po ilości wpisów na blogu, w pracy niewiele się zmieniło. No może poza rankingiem w Literakach. Ależ to męczące jest, to całodniowe opieprzanie się, mówię Wam! Jak tak dalej pójdzie, to wyleją mnie zanim podpiszę prawdziwą umowę, do diaska!

- na fitness i salsę dalej się nie zapisałam, co jest bezpośrednio związane z późnymi powrotami do domu po pracy, co wynika z późnego wstawania (przedwczoraj pobiłam wselkie rekordy i byłam w biurze o 10:06, masakra...) oraz chodzenia na lunch.

ALE! Dzisiaj idę na pierwszą lekcję lindy hop :D

* W piątek po pracy wypiłam dwa maleńkie, portugalskie piwa, co w połączeniu z moim niewyjaśnionym wciąż zmęczeniem (serio, nie wiem co się ze mną dzieje...) poskutkowało staniem upojenia alkoholowego i zabójczą szczerością w stosunku do naszego jedynego mężczyzny. Wygarnęłam mu wszystko, co mi na sercu leżało i choć zrobiłam to z właściwym sobie sarkazmem i humorem, który on już zna i rozumie, to jednak po ambicji mu pojechałam ostro (no bo żebym miała w domu faceta, a jednocześnie czuła się jako de facto jedyny man of the house?? toż to wstyd...). W każdym razie od tego wieczoru i spłuczka jest (prawie) naprawiona, i naczynia pozmywane jakby częściej, i śmieci już nie zalegają wszędzie.... Coś jakby dgrnęło ;)



Leson namber tu. Lisen and ripit.

A minha barriga está a roncar. –  Burczy mi w brzuchu. 

(Stan z godziny ok. 12:10 każdego dnia)

-------------------------------------------------------

środa, 26 stycznia 2011

I taka byłam zadowolona...

... że fajnym snem się mogę pochwalić. Ale zaraz potem opowiedziałam o nim Przemsonowi, który szybko sprowadził mnie na ziemię - no cóż, nawet do pięt mu nie dorastam pod względem sennej wyobraźni. Pamiętacie, jak pisałam, że powinien wszystko spisywać zaraz po porzebudzeniu? Oto jego dzisiejszy sen:


"Śniło mi się, że byłem takim prywatnym detektywem (jak z tej serii książek Cobena, co czytam) i pomagałem dr Cameron (oglądałem Hałsa przed snem). Okazało się, że został jej podany pewien środek, po którym w nieoczekiwanych momentach zmienia się w krowę... i że antidotum ma pewien gangster, który najczęściej przesiaduje w klubie go-go. Poszliśmy tam i zaczęli nas gonić jego ludzie. Wybiegliśmy na ulicę i w tym momencie dr Cameron zmieniła się w krowę i uciekła...
Później spotkałem Ciebie na ulicy, poszliśmy razem w kierunku domu - mieszkania na Komandorskiej. Wszystkie ulice były rozkopane, na żadnej nie było chodnika tylko piasek, mnóstwo koparek, itp.... No i się obudziłem."

Ha! Śniło mi się dzisiaj mieszkanie. Bobanów :D

Nowiutkie, świeżutkie.... a takie brzydkie! Duża, ciekawa kuchnia, tyle możliwości urządzenia! A tu jakiś gówniany parkiet na podłodze i płytki najtańsze i (pamiętam dokładnie!) kładzione własnoręcznie przez Nich! (bo taniej!). I nawet pamiętam, że zajęło im to 2 godziny (pytałam :D ).

Dobra kij z kuchnią, ale łazienka... taka klitka, 1m x 1,5m. Jakby przypomnieli sobie o konieczności posiadania łazienki w momencie, jak już reszta była prawie skończona. W związku z tym drzwi miały szerokość jakichś 50 cm, (zapytałam nawet, jakim cudem udało im się przez nie wcisnąć pralkę), a kibel był w zasadzie obok łazienki, w takim jakby hallu prowadzącym do salonu. Dla uściślenia dodam, że wcale nie w osobnym pomieszczeniu. Za to w łazience znajdowała się przenośna mała toaleta dla dzieci. Nie nocnik, tylko taki jakby mały kibelek. 

Zapewne znajdowało się tam jeszcze wiele ciekawych, nieistniejących sprzętów, ale w tym momencie zadzwonił budzik i mimo, że przestawiałam go o 10 minut przez nastęne półtorej godziny, to do snu już nie uadło mi się wrócić.

Anita! to znak! nie zapomnijcie o toalecie! ;)

Zacne!

słówko na dziś:
cusco [slang] – wścibski
odpowiednik nieslangowy to coscuvilheiro lub bisbilhoteiro

------------------------------------------------------------

niedziela, 23 stycznia 2011

Gnuśnieję...


Odkąd wróciłam z Ojczyzny, jedyne na co mam ochotę, to spaaaać... Wracam z pracy i jeśli mieszkanie jest puste (a zwykle jest), to bardzo szybko dochodzę do wniosku, że jedyne wyjście to wejście.
Do łóżka.

Brak mi motywacji do czegokolwiek. Ciężko mi wykrzesać siły, aby zrobić to, co zrobić muszę: pranie czeka od kilku dni, lodówka świeci pustkami (a przynajmniej moja półka...)*, wszyskie ambitne plany noworoczne odeszły w niepamięć. Chociaż może źle się wyraziłam, bo pamiętać, to owszem, pamiętam, ale za nic nie mogę ruszyć dupy i wziąć się za ich realizację. Blog leży odłogiem, bo nawet pisać o czym nie mam (grudniowe szaleństwa już się przedawniły lub były skomentowane osobiście w Polszy). 

Uwierzycie, jeśli Wam powiem, że jeszcze w 2011 nie byłam na disko...?**

* Znalazłam szybko rozwiązanie tego problemu. Zaczęłam chodzić w pracy na lunch. Mam więc pełnoprawny obiad za 2,15 (z zupą!), bez konieczności gotowania wieczorem (mogę w tym czasie spać!), a bułkę z obiadu zabieram do domu i jem ją następnego dnia na śniadanie (jako że lodówka jest pusta, smaruję ją nutellą, której dwa słoiki zalegają w spiżarni i nikt się do nich nie przyznaje). 
W litry Ice Tea zaopatrzył mnie Ricardo no i problem zaczyna się z kolacjami. Bo właśnie skończyły mi się zapasy i chyba w ten weekend trzeba jednak będzie się wybrać na zakupy...
** Ale to się zmieni, gdyż wczoraj wyczaiłyśmy z Justyną nowe disko. Daleko jest, owszem, ale w piątki jest ladies night i dziewczęta mają.... no, proszę zgadnąć: ile darmowych drinków...? :-)


Największy problem mam z tym spaniem.  Mogłabym cały dzień. I całą noc. Wstawanie do pracy to jakaś męka. Przez półtorej godziny przestawiam budzik co dziesięć minut. Raz mi się zdarzyło robić tak przez dwie godziny. W efekcie zamiast pierwsza, przychodzę do pracy jako jedna z ostatnich... No, może przesadziłam, ale mam problem, żeby wyrobić się na 9:40. Jeśli do tego doliczyć przerwę na lunch, to siedzę w pracy do 19. Wracam do domu, jest 19:30, a więc za późno na zrobienie czegokolwiek konstruktywnego. 
No to idę spać.

Czasem jakiś film obejrzę, zrobię jakąś kolację (dużą porcję, żeby starczyła na 3 dni, bo przecież codziennie nie chce mi się gotować), poczytam ulubione blogi, pogadam na skajpie... Tyle...

W zeszłym tygodniu nawet sobie zaplanowałam sobotnią wizytę w centrum handlowym na obrzeżach miasta. Miałam tyyyyle rzeczy załatwić!

Po pierwsze: Ikea. Od kiedy perspektywa zostania tutaj na stałe (a przynajmniej okresowo)*** stała się dość bliska, zaczęłam myśleć o apgrejdowaniu mojej chatynki, co by się przytulniej i lepiej jakościowo mieszkało. Lista rzeczy absolutnie niezbędnych rośnie każdego dnia i coraz bardziej mnie przeraża. Aż tak dużo to ja nie zarabiam (jeszcze! ;-D )

*** O tym też już wiecie, więc wpsomnę tylko, że (o ile zarząd zaakceptuje budżet, a więc i kwestie związane z naszym wynagrodzeniem), to od pierwszego kwietnia będę pełnoprawnym pracownikiem TO. Mało tego, jeśli będę chciała, to okresowo będę mogła czasem popracować z Polski, więc byłabym głupia, gdybym propozycji nie przyjęła. Na razie bez konkretów z tą pracą z Pl, trzeba poczekać na określenie planów, ale możliwość taka będzie. Bardzo się z tego cieszę, bo, psiakostka, tęskni mi się nooooo.... ;-) Jeno nie wiem jak to zorganizować logistycznie: mieszkanie, rzeczy no i Beza... No, na razie nie ma co myśleć, poczekamy, zobaczymy.

Po drugie: Leroy Merlain. Powrót do domu po Świętach przyniósł nową niespodziankę. Otóż nasz toaleta nie wymaga już ręcznego popychania spłuczki i pomagania jej wrócić na miejsce, żeby mogła napłynąć woda. Teraz zepsuła się zupełnie (sama się kurwa zepsuła...) i spłukujemy wodę wiadrem!! No i chuj, że mamy w domu faceta. Dopóki ja nie kupię nowej spłuczki (i sama jej kurwa nie zamontuję), to sobie będziemy tym wiadrem machać do usranej śmierci. Przepraszam, ale się zdenerwowałam.  Bo historia ma drugie dno z Ricardo w roli głównej, ale nie chcę się zdenerwować jeszcze bardziej (poza tym w sumie już dawno to było i ochłonęłam), więc na tym zakończę.

Po trzecie: Jumbo. Takie Tesco. Jednym z moich noworocznych postanowień (poza rzuceniem palenia, zapisaniem się na salsę/lindy hop/siłownię/fitness  i zabraniem się w końcu za portugalski) był powrót na łono Dukana. No i tutaj się pożalę. Nawet nie będąc na diecie mam problem z robieniem spożywczych zakupów. Robię je wracając z pracy, więc naturalnie wchodzę do marketu, który jest najbliżej domu. Niestety jest to gówniane Mini Preco (taka słaba biedronka). Żeby to chociaż było Pingo Doce (taka lepsza biedronka)... bo o Continente (taki Real) nawet nie marzę...

Generalnie Portugalczycy jedzą inaczej (co oczywiste), więc wielu produktów tu się nie znajdzie, a inne są kiepskiej jakości lub tylko jednego rodzaju, jednej firmy.  Dodatkowo Mini Preco jest beznadziejnie zaopatrzone, przykład: mleko. Jest z dwóch firm, ale jeno meio gordo. czyli półtłuste. Innego nie ma. Nabiał tutaj rto w ogóle dla nich jakiś zbędny dział. Jogurt naturalny – jeden rodzaj i tyle. Owocowych jest o dwa więcej... Twarogu czy serków do smarowania chleba nie ma. No bo w sumie chleba normalnego też nie ma... Za każdym razem idę na zakupy, szwędam się smętnie po tym markecie przez 20 minut z nadzieją, że może tym razem uda mi się kupić coś normalnego na normalny obiad.... i ostatecznie zawsze wychodzę z tym samym szitem. W efekcie od kilku miesięcy żywię się mrożonym canneloni, pastą z tuńczykiem i beznadziejnymi bułkami z szynką i beznadziejnym (zupełnie innym niż polski) żółtym serem...

Jak widzicie, plany miałam zacne. Nawet odpuściłam sobie disko, bo jestem na tyle mądra i bystra, że doskonale zdawałam sobie sprawę, że disko = spanie do 18 i z wycieczki nici. No i wstałam nawet w południe, zwarta i gotowa na podbój Ikei itd.... no i okazało się, że Portugalia po raz kolejny mnie (nie)zaskoczyła... Darmowy autobus Ikeowy (wspominałam, że Ikea jest daleeeeko?) kursuje jedynie od poniedziałku do piątku... Nawet nie będę tego komentować, bo zaprawdę nie jestem w stanie pojąć tej filizofii...

Jakby tego było mało, ostatni tydzień w pracy był nudny jak falki z olejem. Szefa prawie nie było, skończyłam to, co miałam skończyć i żadnych nowych zadań nie dostałam, więc... no kurwa, nie będę owijać w bawełnę.... tego posta  właśnie piszę w pracy, a resztę czasu spędzam w biurze grając w literaki.....
:D

Niby fajnie, ale tak naprawdę, to ostatnie dwa tygodnie zdołowały mnie okrutnie, przez to nicnierobienie i się opierdalanie, się.

Na pocieszenie dodam, że zrobiłam sobie listę rzeczy do zrobienia i kupienia na najbliższe dni - aby przerwać tą marność nad marnościami. Planuję więc (między innymi, poza miliardem drobnych czynności okołodomowych) jutro odwiedzić Ikeę oraz Jumbo i zrobić zakupy:
- do domu, na poprawę humoru i lepsze mieszkanie sobie w tym ciągle psującym się domu (dzisiaj mieliśmy powódź! nasz zbiornik od toalety postanowił nas jeszcze bardziej zaskoczyć i wylał...)
- oraz żywnościowe – może w takim dużym markecie uda mi się kupić normalne jedzenie i w końcu zacznę sobie gotować zupki, mięsko i inne pyszności. 

Lista zakupów i rzeczy do zrobienia jest przeraźliwie długa, ale wierzę w siebie.
Proszę trzymać kciuki za mój powrót do żywych.
Postaram się zdać relację, czy mi się udało. 

Ahoj!


czwartek, 9 grudnia 2010

Dzisiaj będzie o mieszkaniu...

...bo mnie mama męczy. No bycze jest, to fakt, ze 130 metrów może mieć. Cztery pokoje (... cztery pokoje, pokażę wszystko wam, póki jeszcze prosto stoję ;) – po jednym dla każdego, do tego salon, kuchnia, przedkuchnia, łazienka i przedłazienka, 2 przedpokoje, małe pomieszczenie a’la spiżarnia, mały schowek – graciarnia, „pralnia” i 4 balkony. Z Justyną kontaktujemy się telefonicznie lub na msnie, bo nawet dość głośnego krzyku nie słychać.

Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że jako ostatnia wprowadzająca się osoba, dostanę najgorszy pokój, jakieś marne resztki mebli i okruchy wyposażenia. A tu niespodzianka – mam najfajniejszy pokój. Od słonecznej strony, z fajnym balkonem, największy. Czemu? Otóż kiedy Justyna się wprowadzała, Hugo i Catarnia mieli swoje pokoje, a ten, w którym ja jestem, był jeszcze zajmowany przez niejakiego Ricardo, więc Justyna wyboru nie miała. Zresztą od razu zadowoliła się tym, który już był pusty. Nasze – mój i Portugalczyków – trzy pokoje i łazienka znajdują się obok siebie, w jednej części mieszkania, oddzielonej drzwiami od reszty. Pokój Justyny jest samotnie położony w drugiej części, obok salonu, na stronie raczej pozbawionej słońca. Catarina mi się później przyznała, że dziwiła się Justynie, że nie chce nawet zobaczyć tego drugiego (czyli mojego) pokoju, bo sama najchętniej by się do niego wprowadziła – nie zrobiła tego tylko dlatego, że Ricardo wyprowadzał się 1go, czyli w dniu, kiedy wprowadzałam się ja, w związku z czym nie było czasu na żadne taktyczne zagrywki. Jednym słowem - miałam szczęście :) Od 1 grudnia nie ma już Hugo, niestety, lada dzień wprowadza się na jego miejsce inny niejaki Ricardo ;)

Mieszkanie położone jest fantastycznie: ulica artystyczna (lub, jak określił ją mój szef, „gay street”...), sporo galerii, które przez większość czasu świecą pustkami. Jedynie raz na miesiąc – dwa, przy okazji zmiany wystawy, ulica zamienia się w turystyczny deptak (foto). Z racji tego, iż jest to dzielnica przyjazna duszom artystycznym, większość budynków zdobi graffiti. Nie są to jednak typowe bazgroły, tylko pomysłowe cliparty, najczęściej z przesłaniem. Jest tego tyle, że niemal za każdym razem, kiedy idę Rua Miguel Bombarda, odkrywam nowy szczegół. Kiedy był tu Przemson, szliśmy z aparatem z zamiarem zrobienia zdjęcia każdemu obrazkowi. Wyszło nam tego 78 sztuk, przy czym na niektórych zdjęciach znajduje się więcej niż jeden rysunek. Od czasu kiedy Przemek pojechał do domu, zauważyłam kolejne 8-10 graffiti. Chętnie bym je tu wstawiła, ale niekoniecznie chce mi się bawić z niemal setką fotografii... Chętni pewnie już widzieli na fejsbuczku ;)




Mieszkanie również ma świetną okolice – znajduje się tuż przy Palacio de Cristal, piechotą do Aliados 16 minut (18 w obcasach, Google Maps nie kłamie), a spacerek całkiem przyjemny*, bo to centrum Porto przecie. A po drodze mamy Rua da Cedofeita, czyli raj dla zakupoholików. Matko, ile tam jest obuwniczych! Nabyłam już 6 par i nie mogę przestać...

* Oczywiście jeśli pominąć jebane górki... Ci, którzy byli, doskonale wiedzą i pamiętają. Reszcie wyjaśniam: Porto, (Braga zresztą też) jest strasznie pagórkowate. W zasadzie to tutaj nie ma płaskich rejonów, wszędzie górki. Wspinasz się tylko po to, żeby za chwilę zejść na dół... aby móc wspiąć się jeszcze raz... i tak w kółko... Ponoć można się przyzwyczaić, ale ja i tak za każdym razem klnę pod nosem, erasmusowe „jebane górki” towarzyszą mi każdego dnia w drodze do pracy, sklepu, na przystanek, do knajpy. Nasz akademik był wtedy, na erasmusie, tak położony, że powrót do domu zawsze wieńczyła wspinaczka, i to taka po bandzie. Wracasz z uczelni od zachodu – pod górkę. Ze sklepu, obładowana zakupami – pod jeszcze większą górkę. O siódmej rano z disko – ledwo powłóczysz nogami, szpilki już dawno w dłoni – ostatnie 300 metrów pod górkę... Jedynie od wschodu dostać się można było z górki, tyle że na wschodzie akurat nic nie było...

Tutaj dodatkowo w centrum (czyli na całej mojej trasie metro – dom) królują Calçada Portuguesa, często wyślizgane tak, że spokojnie można zjeżdżać na workach, bez śniegu. Ze śniegiem sobie nie wyobrażam. Na zakończenie dodam tylko, że dzięki temu w Porto nie widziałam dotąd ani jednego rowerzysty!

Wracając do mieszkania... Jak większość, jest stare. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego wszystkie te budynki w centrum są tak zaniedbane... Owszem, dzięki temu właśnie Porto jest tak klimatycznym i magicznym miejscem, które dzielnie broni się przed turystycznym rzygiem... O tym może kiedy indziej.

W związku z tym, że jest stare, wszystko się tu psuje. Czasem się zastanawiamy, czy to miejsce nie jest przeklęte. Jednego dnia zepsuło się światło w łazience. Następnego złamała się dykta pod materacem Justyny, od tamtej pory śpi na podłodze. Zepsuła się też pralka. Naprawił ją Telmo, ale po dwóch praniach oderwał się kamol dociążający bęben. Oprócz strasznego hałasu oraz obawy, że pralka nam po prostu spierdoli z pralni, martwił nas fakt, iż nieprzymocowany kamol wyginał od środka obudowę oraz tak silnie tarł o jeden element, że aż iskry leciały. Zważywszy na fakt, że obok pralki znajdują się 2 butle z gazem, postanowiliśmy wyjąć kamień. To z kolei spowodowało niemożliwy do opanowania ruch bębna przy wirowaniu. Spróbowaliśmy więc dociążyć bęben kamolem, na to położyć sporą ilość koców, na to obudowę i na to nasze dupska, kiedy zaczynało się wirowanie. Jednak pralce sie ten pomysł nie spodobał, bo przestała wirować zupełnie.

Nie działa również gniazdko w łazience. Zepsuło się też stare gniazdko w moim pokoju. Wyjmując jednego dnia wtyczkę, razem z nią odpadło po prostu gniazdko. W tym samym tygodniu urwały się półki w szafie Catariny. Niedługo potem zepsuła się spłuczka w kiblu – do tej pory za każdym spłukaniem wody trzeba ręcznie pomagać spłuczce, inaczej nie pociągnie. Kwestię ciepłej wody może pominę, bo podnosi mi za bardzo ciśnienie. Podobnie jak internet, którego łącznie nam brakowało ze 3 tygodnie (technika się nie doczekaliśmy, chociaż zgłoszeń i rozmów z MEO odbyła Catarina z 20). Odkurzacz ciągnie jakby chciał, a nie mógł. Do tego w trakcie nagle odmawia posłuszeństwa i trzeba mu pozwolić odpocząć. Żarówek wymieniliśmy też już kilka, bo cyklicznie się palą w różnych pomieszczeniach. No i do tego dochodzą nieszczelne okna. Wspominałam ostatnio o zimie. Otóż mimo, że jest tu średnio 20-25 stopni więcej, niż w mroźnej Polsce, to jednak w mieszkaniach pizga niemiłosiernie. Wystarczy wyłączyć elektryczny grzejnik, a po 10 minutach jest zimno. Autentycznie czasem słychać wiatr hulający po mieszkaniu...

No to trochę sobie ponarzekałam, więc na zakończenie dodam, iż właśnie zrobiłam przemeblowanie w moim pokoju i strasznie mnie to cieszy. W międzyczasie zrobiłyśmy z Catariną szybką akcję p.t. „Jak ojebać na wyposażeniu Meksykanina w 14 minut”, polegającą na zamianie łóżek – teraz ja mam najzajebistsze łóżko (ba! drewniane łoże!), a biedy Ricardo (który za kwadrans się miał wprowadzić) ma jakieś nędzne ochłapy wyposażenia... Trochę nieładne to z naszej strony, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nowy lokator wprowadza się z nową pralką....

Oto foto mojej komnaty, zdjęcie na dole po przemeblowaniu. Jak klikniecie, otworzy się w normalnym rozmiarze.